„Elastyczne” prawo nie znaczy dobre prawo

Gdzieś tak na początku grudnia minionego roku zadzwonił do mnie mój ukochany Redaktor Naczelny. Spytał, czy nie podjąłbym się pisania cyklicznych felietonów dotyczących bolączek branży bezwykopowej.

Diabeł pychy bez zastanowienia podpowiedział: „oczywiście”. Ale natychmiast odezwał się rozsądek (no bo przecież nie skromność). Chcesz kontynuować dzieło znakomitego kolegi Tomasza Latawca? Czy dasz radę? Na pewno nie będę próbował kolegi zastąpić. Po prostu spróbuję po swojemu zajmować stanowisko w trudnych, a często bardzo istotnych dla naszej braci bezwykopowej sprawach. A wy, drodzy Czytelnicy, ocenicie, czy chcecie to czytać. Oczywiście wiem, że ON też będzie to czytał. No trudno, trzeba spróbować to „wziąć na klatę”. A w ogóle, to skąd ta zmiana? Dlaczego Tomasz „odpuszcza” coś, co lubił, i jak to zwykle on, robił znakomicie? Okazuje się, że nasz słynny uczony i szanowany kolega poprzez pewne turbulencje w swoim życiu przeszedł z „lotu koszącego” w lot wznoszący i to pod bardzo ostrym kątem do góry. Nie wiem, czy obszar w którym aktualnie „lata”, to jeszcze troposfera, czy już stratosfera? A może już dolatuje do mezosfery… Kto to wie? Istotne dla nas jest to, że z tych olbrzymich wysokości (a może już trzeba mówić o odległości od Ziemi?) widać tylko duże obiekty inżynieryjne, a całkiem słabo to, co tuż pod ziemią, czyli obszar działania branży bezwykopowej. Taka jest po prostu kolej rzeczy.